Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział 4

Na początku cieszyłam się z wakacji, lecz później tylko czekałam na rok szkolny. Chociaż wiedziałam, że będzie inaczej niż przedtem. Nowa szkoła, nowi znajomi, nowe życie. Jak na razie siedzę w domu i się nudze. Weronika na obozie harcerskim, inni znajomi też gdzieś powyjeżdżali, a ja? A ja spędzam wakacje samotnie w swoim pokoju. Podniosłam się z kanapy, wyłączyłam telewizor i wyszłam do ogródka. W końu nie mogę spędzić dwóch miesięcy przed telewizorem. Rozłożyłam się na leżaku rozkoszując się promieniami słońca i delikatnym, ciepłym powietrzem. Nagle w kieszeni krótkich spodenek poczułam wibracje. Wyciągnęłam telefon i przeczytałam wiadomość od koleżanki z klasy. Byłej klasy.

"Hej Anka! Żyjesz jeszcze? Trener zaprasza nas dzisiaj na 12.00 nad zalew. Będą tam jakieś zawody i możemy pomóc w organizacji i sędziować. Daj znać czy jedziesz, ja będę na pewno. Buźki :*"

Spojrzałam na zegarek. Wskazywał 09.00. W takim razie 3 godziny starczą mi spokojnie, by tam dotrzeć. Nie wspomniałam chyba nigdy wcześniej o tym, że gram w siatkówkę, a klasa do której chodziłam była klasą sportową. Gdybym chciała dalej grać w siatkówkę musiałabym iść do liceum, które jest w jedyn budynku z moim gimnazjum. Ale uważam, że pomimo dobrego poziomu tej szkoły nie jest i tak odpowiednia dla mnie. Zresztą jakby to delikatnie ująć, mam tam "wrogów". Ludzi z którymi mam na pieńku. Co w moim przypadku jest rzeczą normalną gdyż z Weroniką kochamy "sprawiać sobie kłopoty". A szczególnie ze starszymi, od których potem orzymujemy groźby typu "Jeśli pójdziecie do tej szkoły, to obiecuję wam, że nie będziecie miały w niej życia". Ale zdążyłam już do tego nawyknąć. A szkołę tak czy siak już dawno wybrałam.

"Ok, dzięki za info! :) Fajnie, że o mnie pomyślałaś. Spotkamy się na miejscu. Do zobaczenia :*"

Odpisałam decydując się na wyjście z domu i schowałam telefon do kieszeni, by z powrotem się położyć. W końcu jakiś dobry pretekst, by wyjść z domu.

O 11.30 byłam już gotowa. Wsiadłam na rower i ruszyłam nad zalew. Czyli takie "jeziorko", które wypływa z rzeki. Trzeba w końcu jakoś uatrakcyjnić to nudne miasto. Myślę, że pomysł z budową tego zalewu był świetny, jak i opłacało się w niego zainwestować. Miejsce to cieszy się teraz dużym zainteresowaniem i to nie tylko latem.
Zabrałam ze sobą coś do jedzenia, wodę, balsam do ciała, kocyk i inne rzeczy, które się zabiera na plażę. Oczywiście poza strojem kąpielowym. Nie miałam zamiaru się bawić w wodzie, na początku lipca często jest jeszcze chłodna.

-Kaśka!-krzyknęłam po dłuższym poszukiwaniu kogokolwiek ze znanych mi osób. Właśnie od niej dostałam tego esemesa. Podbiegłam do niej przepychając się przez tłumy ludzi i rzuciłam się jej w ramiona. Ostatni raz ją widziałam na zakończeniu roku szkolnego. Niby nie tak dawno, ale i tak mi jej brakowało.
-Chodź! Pokaże ci gdzie jest trener.-chwyciła mnie za rękę po uwolnieniu z uścisku i zaczęła ciągnąc za sobą. Po chwili znajdowałyśmy się w jakimś dużym, otwartym namiocie. Tam spotkałam pana Radka, mojego trenera, który nauczył mnie wszystkiego co związane ze sportem, a nawet więcej. Kazał mi zostawić tam swoje rzeczy i wręczył nam zielone koszulki z nazwą miasta.

Podczas pierwszego rozgrywającego się meczu siatkówki plażowej Ola sędziowała, a ja siedziałam przy małym stoliku i zapisywałam wszyskie punkty. Trochę to nudne, ale wymaga skupienia, by nie pomylić sie przy zapisywaniu. Jeden błąd i po mnie. Ola jest jedną z koleżanek z dróżyny. Trochę ich przyszło, ale nie wszystkie. Siedziałam tak i obserwowałam każdy ruch siatkarzy gdy nagle przed oczami mignął mi wysoki, czarnowłosy, przystojny chłopak. Pobiegłam za nim wzrokiem uważnie go obserwując. Zamarłam po stwierdzeniu faktu, że to Łukasz. Tyle czasu go nie widziałam. Nie mogłam się po prostu na niego napatrzeć. Stanął za bramką na przeciwko mnie i zaczął oglądać mecz. Teraz nie spuszczałam już wcale z niego wzroku. Nie chciałam go znowu zgubić. Może zdawać się to chore, ale zupełnie mi odbija na jego widok. Z transu wyrwała mnie krzycząca Olka. Krzyczała coś, że jest u mnie zła punktacja i, że wszystko pokręciłam. Zbladłam ze strachu i wstydu, bo patrzyli na nas dziesiątki, a może i nawet setki ludzi, w tym Łukasz, a ja zrobiłam z siebie idiotke. Teraz już nie wiem czy mnie dopuszczą do tego stanowiska, a czułam się tam wspaniale. Może dlatego, że miałam czym zainponować Łukaszowi? Tym, że mam coś wspólnego z organizajcją imprezy, która najwidoczniej mu się podoba?
Pofarciło mi się gdyż okazało się, że Olka też w głowie liczyła punkty i dało się ustalić jaki jest wynik meczu. Po tym zdarzeniu chciałam trochę ochłonąć więc zamieniłam się z Kasią, która miała czas wolny. Rozłożyłam swój nieduży kocyk i na nim usiadłam.
-Co się martwisz? Nic się przecież nie stało.-odwróciłam się gdy usłyszałam, że ktoś stojący za mną coś do mnie mówi. Ten ktoś, czyli Łukasz. W jednej chwili serce mi stanęło. Patrzyłam niedowierzając na niego, nie zwracając uwagi na to, że on także mi się przygląda i oczekuje na jaką kolwiek reakcję, odpowiedź z mojej strony.
-Idziesz do wody?-przerwał niezręczną cisze. Nienawidzę takich sytuacji gdy nie wiem co mam powiedzieć. I wtedy ta panująca w okół cisza mnie zabija.
-Nie mam stroju. I woda pewnie zimna.-wyjrzałam spod okularów przeciwsłonecznych.
-Chodź i nie marudź! Jest ciepło i chyba nic się nie stanie jak trochę zmokniesz. Przynajmniej się rozweselisz.-uśmiechnął się, złapał mnie za rękę i zaciągnął do wody. Z początku było to zwykłe pływanie w kółeczko, a potem przerodziło się w szaleństwo i wygłupy. Przypomniały mi się wtedy nasze spotkania na boisku. Było tak wspaniale jak teraz i mam nadzieję, że od dzisiaj z powrotem będziemy się częściej widywać.

Jasne wpadające do pokoju promyki słónca nie pozwalały mi już dłużej na sen. Uśmiechnęłam się do siebie gdy przypomniałam sobie poprzedni dzień. Tego dnia także planowałam jechać nad zalew, by spotkać tam Łukasza. Od rana miałam świetny dzień. Cisza, spokój. Zosia u babci, mama z Markiem na mazurach, a ja sama w domu. Wolałam zostać sama niż jechać z Zośką do babci. I słusznie, bo wtedy pewnie nie mogłabym jeździć na miejscową plażę.

Około godziny dwunastej wsiadłam na rower i w ciągu piętnastu minut byłam już na miejscu. Uśmiechnęłam się pod nosem na widok pływającego w wodzie Łukasza. Rozłożyłam kocyk w odpowiedniej odległości-nie zablisko ani nie zadaleko mojego kolegi i się położyłam oczekując na jakiś gest z jego strony. Moja radość znikła kiedy przechodząc koło mnie z paczką swoich znajomych nie odpowiedział nawet na moje "cześć". Olewka na całego. Poczułam się wtedy strasznie. Myślałam, że on mnie lubi.

***

Prawie każdego dnia lipca przychodziłam w to miejsce. Przychodziłam z nadzieją, że go tam zastanę i miło spędzimy razem czas. W końcu moje przychodzenie w to miejsce stało się przybywaniem tam tylko po to, by się na niego napatrzeć. Tak, wiem. To brzmi psychicznie, ale ja inaczej nie potrafię. Mam tylko piętnaście lat i to nie jest z pewnością miłość, bo myślę, że na to jestem jeszcze za młoda i mam na to jeszcze czas. Ale to nie zmienia faktu, że jestem od tego chłopaka uzależniona, pomimo że z nieznanej mi przyczyny on mnie ignoruje...

***

I mamy nowy rozdział. ^^ Od dzisiaj będą dodawane już regularnie! ;D
Ask: ask.fm/ralinaska
Drugi blog: http://jdabrowskyff.blogspot.com/

niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział 3

"Do domu wróciłam przed dwudziestą drugą. Uznałam, że skoro mama po mnie nie dzwoniła to nie będzie zła. Jej w domu jednak nie było, nie było nikogo..."

Wyciągnęłam z torebki telefon i napisałam smsa do mamy "Kiedy będziesz?". Trochę to dziwne, bo zawsze wszyscy o tej porze są w domu. Jedynie czasami Marka nie ma, ma wtedy nocną zmianę w pracy. Marek to partner mamy i tata Zośki. Zwracam się do niego po imieniu. Nigdy nie mówiłam ani nie mam takiego zamiaru mówić do niego "tato". Pobiegłam do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Położyłam się na plecach i patrzyłam w sufit. Zaczęłam wspominać wszystkie zdarzenia z dzisiejszego dnia. Był niesamowity i pomimo że to dość zwykły dzień, mogę go uznać jako jeden z najlepszych w moim życiu. Świetnie się dziś bawiłam, dawno się tak już nie śmiałam ani nic nie sprawiało mi aż takiej frajdy. To niesamowite jak jeden obcy człowiek potrafi poprawić samopoczucie drugiego. Tak, mam na myśli tu Łukasza. Mega z niego człowiek. Już za nim tęsknie, mam nadzieję, że jeszcze kisdyś go spotkam. To może dziwnie zabrzmieć, bo znam go zaledwie kilka godzin, ale coś mnie do niego przyciąga. Po prostu podoba mi się, może to zauroczenie? Nie wiem, nigdy nie czułam czegoś takiego. Ale teraz mam ochotę skakać z radości. W końcu kogoś tu poznałam. Ciesze się, że akurat jego i mam nadzieję, że to będzie dłuższa znajomość. Rozmyślając tak o poznanym dzisiaj chłopaku zasnęłam. Nie spałam długo, ponieważ po jakimś czasie obudził mnie trzask drzwiami. Zerwałam się z łóżka i podeszłam do drzwi od pokoju. Ktoś się włamał? A może tylko rodzinka wróciła? Zaczęłam niespokojnie plątać się po pokoju rozmyślając nad ewentualnym planem ucieczki w przypadku gdyby osoba zwiedzająca właśnie moje mieszkanie okazała się złodziejem. Usiadłam na łóżko, a moją uwage przykuły dżinsowe spodnie, które w dalszym ciągu miałam na sobie. To oznaczało, że zasnęłam w ciuchach. Nagle drzwi do pokoju się uchyliły. Cała się spięłam, czułam że zaraz serce ze mnie wyskoczy. Uspokoiłam się gdy w progu zauważyłam moją mame. Wypuściłam powietrze z ust i opadłam na poduszki. Popatrzyłam się przez chwilę w biały sufit po czym podniosłam się i przeniosłam wzrok na mame.
-Gdzie wy byliście?-posłałam jej piorunowe spojrzenie. Pomimo że jest dorosła martwiłam się, szczególnie że to nie w stylu mojej mamy tak znikać. Zawsze myślałam, że jest odpowiedzialną, spokojną, a nawet nadopiekuńczą kobietą. Co mnie często już przerażało. Potrzebuję troche więcej luzu.
-W ogródku. A gdzie moglibyśmy być o tej porze?-uśmiechnęła się i wyszła z pokoju. Wtedy zgasł mój promyczek nadziei, że coś się zmieniło. Może i się zdenerwowałam jej nieobecnością, ale przez chwilę cieszyłam się, że coś się w jej zachowaniu ruszyło.

Rzuciłam okiem na zegarek wiszący na ścianie. Po dwudziestej drugiej, wstałam więc i poszłam do łazienki, by w końcu się umyć i przebrać w piżame. Weszłam pod prysznic i zaczęłam się relaksować. I znowu przypomniał mi się Łukasz...
W łóżku leżałam już przed dwudziestą trzecią. Zrezygnowana szybko zasnęłam.

*następny dzień, popołudnie*

Odrobiłam już wszystkie lekcje, zjadłam obiad i porozmawiałam chwilę z mamą. Dłużej nie tracąc czasu przebrałam się w coś wygodniejszego i pobiegłam w moje ulubione miejsce. Niestety nie sama...musiałam zabrać ze sobą Zośkę. Wypożyczyłam piłkę do siatkówi, usiadłam na ławeczce i czekałam na Weronikę. Oczywiście moja kochana siostrzyczka musiała marudzić, że jej się nudzi więc dałam jej swój telefon do zabawy. Rozejrzałam się po boisku do nogi i koszykówki, a także obeszłam wzrokiem budke z magazynkiem. Nigdzie nie znalazłam Łukasza. Trochę się wtedy rozczarowałam, bo miałam nadzieję, że dzisiaj też on będzie. Posiedziałam tak jeszcze chwilę i przyszła Wronika. Dzisiaj nie miałyśmy rozłożonej siatki, ale poradziłyśmy sobie i bez niej. Kiedy była godzina siedemnasta udało mi się namówić Werke na grę w piłkę nożną. Ucieszyłam się gdy się zgodziła, ponieważ nigdy nie mogę jej na to namòwić. Po prostu nie lubi tego sportu. Najpierw podawałyśmy sobie piłkę, a gdy zwolniła się jedna bramka szybko ją zajęłyśmy. Przed osiemnastą ujrzałam dwóch chłopaków chodzących na teren orlika. Tak, jednym z nim był Łukasz. Byłam przeszczęśliwa kiedy podszedł i się przywitał. Przedstawił na swojego kolege. Tego, o którym wczoraj wspominał, Janka. Zeszłyśmy z Werką z boiska "oddając" chłopokm bramkę i usiadłyśmy obok niej. Nieźle się uśmiałam patrząc na ich popisy, zresztą Weronika też. Zabawa się skończyła kiedy piłka lecąca z ogromną siłą udeżyła Zośke w głowe. Zaraz oczywiście się popłakała i zaczął się cyrk. Na nic były moje prośby i błagania o to, by się uspokoiła. Przeprosiny Janka też nic nie dawały. Gdy ryczała już tak z dziesięć minut wiedziałam, że wcale już ją to nie boli tylko próbuje zwrócić na siebie uwagę. Zaszantażowałam ją więc, ż jeśli się nie uspokoi to odprowadzę ją do domu i nagadam mamie o jej zachowaniu. Mało pomogło, ale przynajmniej miałam już spokój. Miałam gdzieś, że teraz jest na mnie obrażona. Z powrotem się roześmiałam gdy tym razem piłka kopnięta przez Łukasza wpadła w Werke. Jedynie ja ocalałam. Gdy nadszedł czas, w którym Janek jako "swoją bramke" wybrał mnie i kopnął piłkę jakimś cudem, pomimo że leciała wprost we mnie, nie dotarła. Ten widok gdy Łukasz skoczył i przyjął na klate piłkę zawierał dech w piersiach. A przynajmniej u mnie, czułam się wtedy jak księżniczka.

Koło dwudziestej pierwszej prawie wszyscy się rozeszli. Zostałam jedynie z Jankiem i Zośką. Uznałam, że najlepiej będzie jak też już pójdę. Podniosłam się więc z ławki, na której siedziałam i ciągnąc za sobą siostre kierowałam się ku wyjściu.
-A ty gdzie?-usłyszałam krzyk chłopaka. Zatrzymałam się i odwróciłam się w jego stronę.
-Do domu, a gdzie niby?-krzyknęłam i z powrotem ruszyłam w stronę domu.
-Już idziesz?
-Ehe, nie mam już co tu robić.-mruknęłam nie odwracając się już do niego.

*miesiąc później*

W końcu doczekałam się wakacji. Jest początek lipca i śliczna pogoda. W domu to samo co zawsze, jednak z przyjaciółmi trochę gorzej. Moje kontakty z Weroniką się pogorszyły, a Łukasza nie widziałam już wiele tygodni. Codziennie chodzę w moje ukochane miejsce z nadzieją, że on tam będzie. Od dnia, w którym obronił mnie przed piłką widziałam go tam tylko jakieś 2-3 razy. Potem nasz kontakt zupełnie się zerwał. Wiele razy chciałam do niego napisać na facebooku, lecz się bałam. Bałam się co o mnie pomyśli...

***

Mamy kolejny rozdział! :D Zdradze Wam, że w następnych rozdziałach akcja się rozkręci i będzie ciekawiej! :)
Namawiam do komentowania, pisania swoich opini, uwag! Komentarze mega motywują! *-*

sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział 2

"Ugotowałam makaron i zjadłam ze słodką śmietanką i cynamonem, moją ulubioną przyprawą. Uwielbiam cynamon, mogłabym go dodawać do każdego jedzonego przeze mnie dania. Potem zabrałam się za lekcje. Gdy była godzina piętnasta pięćdziesiąt przerwałam tą czynność, pomimo że nie zrobiłam jeszcze wszystkich zadań. Poleciałam do łazienki i przeczesałam włosy. Spięłam je w wysokiego koka i wróciłam do pokoju po torebkę. Rozejrzałam się dookoła pomieszczenia sprawdzając czy spakowałam wszystko co potrzebne. Korzystając z okazji, że mamy w dalszym ciągu nie ma w domu bez problemu wymknęłam się na dwór."

Przed szkołą czekała już na mnie moja przyjaciółka. Dalej poszłyśmy razem. Weszłyśmy na teren orlika szkolnego, rozejrzałam się dookoła siebie i uśmiechnęłam z zachwytu. To miejsce jest wspaniałe. Niektórzy mają jakieś swoje zakamarki w lasach, parkach, łąkach, a ja mam zwykłe boisko, gdzie przychodzą ludzie, których zupełnie nie znam. Podziwiam przemiłą atmosfere, która tu panuje. Starsi i młodsi biegają razem za piłką. Dziewczyny i chłopacy w różnym wieku wspólnie się bawią. Ale oni się znają, a ja tu nikogo nie znam. Nie łatwo jest mi zawierać nowe przyjaźnie. Podobno to ja jestem ta najodważniesza wśród moich przyjaciół, a inni muszą podchodzić do mnie i się przedstawiać, bo ja sama tego nie zrobię. Co jeśli powiem coś nie tak? Wyjdę na idiotke? Zresztą gdy pare osób, gdzieś sobie siedzi i rozmawia to głupio jest podejść do nich i się wtrącać. Pomimo to ciesze się, że przynajmniej mam tu Werke. Co prawda ona też rzadko może, gdzieś wychodzić ale najważniejsze, że w ogóle wychodzi. Chociaż ja myślę, że jej się po prostu nie chce. Jej mama jest na totalnym luzie i na wszystko jej pozwala. Moja za to wręcz przciwnie. Nie idzie się z nią dogadać. Z zamyślenia wyrwała mnie Weronika rzucając we mnie piłką do siatkówki.
-Gramy?-krzyknęła z drugiego końca boiska przeznaczonego do gry w koszykówkę. Sportu, którego od zawsze nienawidzę. Kiwnęłam głową i podniosłam z ziemi piłkę. Podeszłam bliżej Weroniki i odbiłam do niej piłkę. Odbijałyśmy tak przez dłuższy czas. Nawet nie zauważyłam, a była już godzina siedemnasta. Usiadłam na ławce, by odpocząć. Położyłam piłkę obok swoich nóg i spojrzałam na Weronike, która najwyraźniej próbowała nawiązać nowe znajomości. Podawała jakiemuś chłopakowi piłkę, zamieniając z nim przy tym pare zdań. Potem podbiegła do mnie i usiadła obok. Uśmiechnęłam się do niej znacząco. Na pewno wiedziała o co mi chodzi, bo zaraz wysypała się rumieńcami. Przeniosłam swój wzrok na chłopaków grających w noge na boisku obok. Podzielili się na dróżyny i rozgrywali mecz. To jest kolejna rzecz, którą cenię w tym miejscu. Jak to obce sobie osoby, w różnym wieku potrafią ze sobą współpracować. Wiem, że większość z tych chłopaków się nie zna, bo to widać. Choćby nawet nawoływanie siebie "Ej ty! W czerwonej koszulce!" świadczy o tym. Nagle czterech chłopaków zeszło z boiska. Podeszli do swoich toreb i wyciągnęli wodę. Usiedli obok siebie na ławce i zamienili pare zdań co jakiś czas spoglądając na nas, co mnie trochę zdziwiło. Po chwili cała czwórka podniosła się i ruszyła w naszym kierunku.
-Gracie tą piłką?-jeden z chłopaków wskazał głową na piłkę leżącą między moimi, a Weroniki nogami.
-Gramy.-złapałam piłkę wstając i spojrzałam się wyczekująco na Werke, aby poszła za mną. Nie miałam zamiaru oddawać im piłki, pomimo że nie była to moja własność. Piłka należała do tej szkoły pod, którą podlegał orlik, a ja ją tylko wyporzyczyłam.
-A możemy grać z wami?-zapytał jeden z nich. Spojrzałam się pytająco na Weronike. Mi by to nie przeszkadzało, lecz chciałam poznać jej opinię. Moim zdaniem tym więcej osób tym lepiej. Byleby umieli grać. Po chwili namysłu Weronika kiwnęła głową, pozwalając im do nas dołączyć.
-Mam pomysł!-krzyknął jeden z nich i gdzieś odbiegł. Drugi pobiegł za nim, a dwaj zostali z nami. Pozostając w niewiedzy o co chodzi tamtym zaczęliśmy odbijać. Po niecałych dwóch minutach ujrzałam tych dwóch chłopaków, którzy wcześniej sobie poszli. Szli w naszą stronę z sprzętem i siatką do gry w siatkówkę.
-Skąd to macie?-krzyknęłam zachwycona ich pomysłem. Podbiegłam bliżej i wzięłam od nich pare rzeczy.
-Od tego pana, który pilnuje tu porządku. Musimy tylko to wszystko dobrze zmontować.-uśmiechnął się i puścił oczko w moją stronę.

Gdy wszystko było już gotowe podzieliliśmy się na trzyosobowe dróżyny. W pierwszym składzie byłam ja, Werka i jeden z chłopaków co przyniósł sprzęt. A w drugim cała reszta. Myślałam, że będzie on się czuł nieswojo w składzie z dziewczynami, jednak się myliłam. Był bardzo pewny siebie. Gdy zaczął się mecz usiadł na podłodze i kazał nam biegać po całym boisku, a sam ruszał się tylko gdy przychodziła jego kolej na zagrywkę.
-Powiedz mi chociaż jak się nazywasz.-spojrzałam w stronę chłopaka, którego zachowanie o dziwo mnie nie denerwowało. Wręcz przeciwnie, śmieszyło mnie to wszystko.
-Łukasz jestem, a ty?-podniósł się z ziemi podchodząc bliżej mnie.
-Ania, a to jest Weronika.-wskazałam ręką na dziewczynę biegnącą po piłkę, która wyleciała nam poza teren orlika. Mieliśmy więc chwilę odpoczynku. No znaczy Werka nie. Ona wyrzuciła, ona po nią biegnie. Muszę przyznać, że z trudem się jemu przedstawiłam. Ciężko mi było cokolwiek powiedzieć gdy stał przede mną i patrzył mi w oczy. Wcześniej gdy sobie siedział było to o wiele prostrze. Nie musiałam się nawet na niego patrzeć, by krzyknąć do niego, że jest leniem. Teraz byłam całkiem spięta.
-Mam wrażenie, że cię znam. To ty ściągałeś mi kiedyś piłkę z tego budynku?-wskazałam ręką na budke, w której były magazynki i toalety. Długo się zastanawiałam nad tym czy się jego o to spytać. Bałam się mu o tym przypomnieć gdyż to była ciężka i długa sprawa. Mógł mnie przez to kojarzyć z tej złej strony.
-Ta, to ja. Ja jestem tą małpą.-uśmiechnął się, a na moje poliki wkradł się rumieniec, co się w moim przypadku rzadko zdarza. Jego słowa oznaczałay, że wszystko pamiętał. Schyliłam głowę w dół nie wiedząc co powiedzieć. Z tarapatów wyciągnęła mnie Werka, która właśnie przybiegła z piłką.
-Wera, ja już nie gram. Nie mam sił.-delikatnie się uśmiechnęłam w jej stronę i ruszyłam w stronę budki. Usiadłam pod nią w cieniu. Słońce grzało jakby był już lipiec czy sierpień, a to dopiero początek czerwca. Spojrzałam na chłopaków wracających na boisko do nogi. Brakowało mi jedynie wśród nich Łukasza. Przeniosłam wzrok na idącą w moją stronę Weronike. Szła i śmiała się jak wariatka. Co w nią wstąpiło? A może coś ze mną nie tak? Źle wyglądam? Przeniosłam rękę na moje włosy, by sprawdzić czy wszystko z nimi wporządku. Gdy moja dłoń znalazła się z tyłu głowy poczułam rękę innej osoby. Podskoczyłam ze strachu i odwróciłam się za siebie. Uspokoiłam się gdy zobaczyłam tam rozbawionego Łukasza. Okazało się, że robił mi rogi. Jak małe dziecko. A ciekawe w ogóle ile on ma lat?
-Ty cwaniaczku powiedz mi lepiej ile masz lat.-zwróciłam się do niego zakładając ręce na biodra i wypalając dziure w jego twarzy.
-Siedemnaście, chodzę do pierwszej liceum.-uśmiechnął się i usiadł na przeciwko Weroniki pod ścianą.
-Nie wyglądasz na tyle.-stwierdziłam i dosiadłam się do Werki. Teraz obie siedziałyśmy na przeciwko niego. Budynek ten składał się jakby z dwóch segmentów. Po prawej i lewej stronie, a od środka drzwi wejściowe do każdego z pomieszczeń. Każdy z segmentów miał daszek, a łączyła je drewniana kratka, pod którą dokładnie siedzieliśmy. Czyli przed drzwiami do pomieszczeń.
-W takim razie ty się pochwal ile masz.
-We wrześniu szesnaście. Trzecia gimnazjum.-prześledził mnie wzrokiem jakby sprawdzał czy na tyle wyglądam, a potem przeniòsł wzrok na Weronike oczekując odpowiedzi na to pytanie także od niej.
-Ja szesnaście będę miała w listopadzie. Chodzę z Anią do klasy.
-Które gimnazjum?-zapytał przeczesując ręką swoje gęste, czarne włosy.
-Na Rubinowej. Tam obok jest fryzjer, kosmetyczka, kościoł, kojarzysz?
-Ehe, tam jest też obok liceum. Mój kumpel Janek tam chodzi. Jan Dąbrowski, znacie?
-Nie, mało znam licealistów. Chyba, że ty Werka znasz?-zwróciłam się do przyjaciółki poprawiając swoje włosy. Nasze gimnazjum i to liceum są w jednym budynku. Dzielą je jedynie osobne wejścia na zewnątrz i brama, przez którą nie wolno nam przechodzić w wewnątrz.
-Nie, niestety nie znam.-mruknęła Weronika.

Nasza rozmowa wkrótce przerodziła się w szaleństwo i wygłupy. Zaczęliśy ganiać się po całym orliku i zabierać sobie rzeczy. Mój telefon został uprowadzony przez Łukasza, co nie było powodem do radości. Nienawidzę gdy ktoś grzebie mi w telefonie. Była to gonitwa wszechczasów. Nigdy chyba szybciej nie biegłam niż wtedy gdy ganiałam chłopaka, by odzyskać swój telefon. Na "świetny" pomysł wpadła Weronika. Gdy Łukasz nie szedł na układ 'długopis za telefon' postanowiła, że wzamian za mój telefon odda mu moją legitymację. Zgodził się gdy zauważył, że ten układ mi się nie podoba. Gdyby zobaczył moje zdjęcie legitymacyjne... Niestety tak i się stało. Przymajmniej odzyskałam telefon.

Do domu wróciłam przed dwudziestą drugą. Uznałam, że skoro mama po mnie nie dzwoniła to nie będzie zła. Jej w domu jednak nie było, nie było nikogo...

***

*Rubinowa - nazwa ulicy

Oto kolejny rozdział! :) Dziękuję za wszystkie komentarze i wyświetlenia! ♥ Mega z Was człowieki :')

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Rozdział 1

Obudziłam się wcześnie rano. A właściwie to mama mnie obudziła. Przeciągnęłam się i podniosłam do pozycji siedzącej. "Wysłuchałam" co miała mi do powiedzenia mama. Mało z tego zrozumiałam. Byłam jeszcze zaspana i nie kontaktowałam. Zresztą jak zawsze rano. Gdy mama z Zosią opuściły mieszkanie zostałam sama. Wygrzebałam się z łóżka i podeszłam do szafy. Wyciągnęłam z niej krótkie, dżinsowe spodenki, białą koszulke z krótkim rękawem i czarny, zwiewny sweterek. Sięgnęłam do szuflady po czystą bieliznę i ruszyłam do łazienki. Ubrałam się w cześniej wybrane ciuchy, umyłam zęby, rozczesałam i ułożyłam włosy. Zrobiłam delikatny makijaż i byłam już prawie gotowa. Pobiegłam do kuchni, gdzie czekały na mnie wcześniej przygotowane przez mame tosty. Pochłonęłam je w mgnieniu oka. Rzuciłam okiem na zegarek w salonie. Wskazywał godzinę siódmą dziesięć. Choć raz może się nie spóźnie na autobus-pomyślałam z nadzieją, że tym razem uda mi się przybyć na przystanek autobusowy na czas. Poleciałam jeszcze do swojego pokoju po torbę i migiem wybiegłam z domu. W drodze na przystanek specjalnie się nie śpieszyłam. Nie miałam do niego daleko, a za to miałam jeszcze troszkę czasu. Na miejscu byłam o siósmej dwadzieścia pięć. Autobus zgodnie z planem przyjechał dwie minuty później. Kupiłam u kierowcy bilet i rozsiadłam się na jednym z siedzeń kładąc na kolanach torbę. Jechałam tak przypatrując się mijającym autom i ludziom przez około dziesięć minut. Równie dobrze mogłam iść do szkoły na piechotę albo jechać rowerem. Moje lenistwo jednak na to nie pozwoliło. Wysiadłam z autobusu i udałam się w stronę mojego znienawidnzonego miejsca. Dzień zapowiadał się jak każdy. Codzienna poranna rutyna, szkoła, potem odrabianie lekcji do wieczora. Tak mniejwięcej wygląda mój każdy dzień. Jedynie gdy nie mam prac do domowych i nie muszę się zajmować siostrą to wyskocze gdzieś z przyjaciółmi. Co się zadarza niestety rzadko.

Dzisiaj w szkole umówiłam się z Weroniką na popołudnie. Weronika jest moją najlepszą przyjaciółką. Jest brunetką o długich, pofalowanych włosach. Ma szare oczy i jest trochę wyższa ode mnie. Mieszkamy na jednym osiedlu i chodzimy do tej samej klasy. Przynajmniej ją mam tu w okolicy. Innych znajomych tu nie mam. Niby mieszkam tu już dwa lata, a jeszcze nikogo takiego nie poznałam. Może dlatego, że w okolicy mieszkają same dzieciaki?
Po lekcjach spacerkiem doszłyśmy na przystanek autobusowy. Tym razem Weronika wracała ze mną. Rano często wozi ją mama, a po skończonych lekcjach musi sobie już sama radzić. Gdy podjechał autobus wsiadłyśmy do środka, skasowałyśmy bilety i rozłożyłyśmy się na dwóch siedzeniach, a torby rzuciłyśmy na fotele znajdujące się na przeciwko. Ułożone były tyłem do kierunku jazdy. Zbytnio nie przejęłyśmy się tym, że ktoś może chcieć tam usiąść. Są przecież gdzie indziej miejsca. Po dwóch minutach drogi autobus zatrzymał się na kolejnym przystanku. Moją uwage przykuła paczka chłopaków wsiadająca do niego. Miałam wrażenie, że gdzieś już kiedyś ich widziałam. Uważnie im się przyglądałam, ale gdy jeden z chłopaków to zauważył odwróciłam głowę w strone szyby. Chwilę później coś mną trzepło. Poczułam intensywny zapach męskich perfum co spowodowało, że z powrotem odwróciłam głowę w celu odnalezienia źródła zapachu. Nie musiałam szukać długo. Chłopak, któremu się wcześniej przyglądałam stał koło nas patrząc na nasze torby. Po chwili namysłu rzucił się na nie i wygodnie ułożył.
-Siema laski.-odezwał się poprawiając przy tym włosy ręką. Prześledziłam go kpiącym wzrokiem, a następnie skierowałam go na Weronike, która była cała czerwona i najwyraźniej podekscytowana tą całą sytuacją.
-Nie zawygodnie ci?-burknęłam wypalając w jego twarzy dziure. Może Werce się to podobało, ale mnie to nie ruszało.
-Nie. Jest idealnie.-mruknął z dumą w głosie. Wywróciłam oczami i podniosłam się z siedzenia.
-Mógłbyś łaskawie zejść z mojej torby?-powiedziałam podirytowana jego zachowaniem. Nie dość, że nie znam tego człowieka to mi takie szopki odstawia w miejscu publicznym. Wstał wtedy, chwycił za jedną z toreb i mi ją podał. Oddałam ją Weronice gdyż to była jej torba. Zarzuciłam na ramię moją własność i przytuliłam na pożegnanie przyjaciółkę po czym wyszłam z autobusu. Ruszyłam w stronę swojego domu. Zatrzymałam się gdy nagle usłyszałam nawołujący mnie głos Weroniki.
-Ania! Ania, zaczekaj!-odwróciłam się i zobaczyłam biegnącą w moją stronę dziewczynę.
-Co ty tu robisz? Nie powinnaś wysiąść na następnym przystanku?-spojrzałam się na nią pytająco. Nie rozumiałam dlaczego wysiadła z autobusu.
-Miałam sama z nim dalej jechać? Nigdy!-zaśmiałam się gdy usłyszałam jej słowa. Taka właśnie jest Weronika. Bała się pewnie. Widziałam jak się na niego patrzy. Myślę, że wpadł jej w oko. Chociaż pewnie mają marne szanse, by się jeszcze kiedyś spotkać. W końcu to jakiś przypadkowy, obcy nam chłopak z autobusu.

Odprowadziłam Werke do domu, a sama do swojego dotarłam koło godziny piętnastej. Zastałam go tak jak przed wyjściem, pustego. Miałam dość mało czasu dla siebie, bo na szesnastą byłam umówiona z Weroniką. Miałyśmy pójść razem na boisko potrenować trochę siatkówkę. O ile znowu mama nie będzie kazała pilnować mi Zośki. Orlik ten znajdował się koło szkoły mojej młodszej siostry, bardzo blisko domu. Około pięć minut drogi spacerkiem. To takie moje miejsce, w które kocham przychodzić choćby nawet, by posiedzieć tam i popatrzeć jak inni się bawią. Jest tam bardzo miła atmosfera i wiele wspaniałych osób, które może uda mi się kiedyś poznać. Co prawda przychodzę tu od niedawna, ale już bardzo lubię to miejsce. Myślę, że Weronika też.
Ugotowałam makaron i zjadłam ze słodką śmietanką i cynamonem, moją ulubioną przyprawą. Uwielbiam cynamon, mogłabym go dodawać do każdego jedzonego przeze mnie dania. Potem zabrałam się za lekcje. Gdy była godzina piętnasta pięćdziesiąt przerwałam tą czynność, pomimo że nie zrobiłam jeszcze wszystkich zadań. Poleciałam do łazienki i przeczesałam włosy. Spięłam je w wysokiego koka i wróciłam do pokoju po torebkę. Rozejrzałam się dookoła pomieszczenia sprawdzając czy spakowałam wszystko co potrzebne. Korzystając z okazji, że mamy w dalszym ciągu nie ma w domu bez problemu wymknęłam się na dwór.

***

Hey! Mamy już pierwszy rozdział! :) Chciałabym Wam bardzo podziękować za wszystkie komentarze pod prologiem! Nie spodziewałam się, że tak dobrze go przyjmiecie! ♥ Mam nadzieję, że ten rozdział również Wam się spodobał. W komentarzach piszcie swoje opinie, uwagi, zastrzeżenia. Jestem bardzo ciekawa co o nim sądzicie! :) ^.^
Jak chcecie to na aska wbijajcie :) ask.fm/ralinaska

niedziela, 12 kwietnia 2015

Prolog

Mam na imię Ania. Jestem wysoką, szczupłą blondynką o zielonych oczach. Mam 15 lat i chodzę do trzeciej klasy gimnazjum. Moje życie z pozoru jest proste i poukładane. Dobrze się ucze, mam przyjaciół, nie mam większych problemów, kłopotów. Zawsze staram się być miła, dobra, pomocna. Podobno los się odwdzięcza. Mam młodszą siostre Zosię, która chodzi do 1 klasy podstawówki. To dziecko mocno działa mi na nerwy. Potrafi wyprowadzić mnie z równowagi. Wkurza mnie to, że to ja musze się zawsze nią opiekować. Czasem mam wrażenie, że to ja ją wychowuję. Moi rodzice rozwiedli się gdy byłam jeszcze mała. Zosia jest córką obecnego partnera mojej mamy. W tym wszystkim podtrzymuję się myślą, że życie to wielki skarb. I jest za krótkie, aby przeżyć je w smutku. Tak zawsze powtarzała moja zmarła babcia...

***

Cześć! Mamy prolog mojego nowego opowiadania :) Mam nadzieję, że się Wam spodoba i, że ktoś to będzie czytał. W komentarzach piszcie swoje rady, uwagi, opinie. Wszystko dokładnie rozważe i w razie czego poprawię :)